Zajęcia pozalekcyjne
Perfect Facebook Like Box Sidebar
Logowanie
lis
11
2016

Wpisany przez Agnieszka Martowicz Poprawiony (12 listopada 2016)
PDFDrukujEmail

Akademie "Nigdy więcej wojny!" odbywają się w naszej szkole od trzech lat, zawsze jesienią. Tegoroczna uroczystość została zorganizowana w tygodniu zadusznym dla upamiętnienia walczących i oddających życie w obronie ojczyzny uczestników powstania warszawskiego.

Apel poległych pod hasłem "Poległym chwała, wolność żywym" pod opieką p. Ewy Kozłowskiej i p. Agnieszki Martowicz przygotowali uczniowie klasy IV oraz I i II gimnazjum.

Uczniowie klasy IV w ubraniach stylizowanych na stroje z czasów II wojny światowej i powstania warszawskiego śpiewali pieśni powstańcze, podczas gdy ich starci koledzy prezentowali fragmenty wspomnień cudem ocalałych warszawskich powstańców. Zapisy wspomnień Barbary Bobrownickiej - Fricze, Henryki Zarzyckiej - Dziakowskiej, Witolda Koneckiego, Stanisława Likiernika i Andrzeja Rumianka poruszyły i wprawiły w zadumę zgromadzoną publiczność. Apel zakończył się minutą ciszy dla uczczenia pamięci wszystkich tych, którzy nie wahali się przelać swojej krwi za wolność, z której wszyscy dziś korzystamy.
CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM!

 

Więcej zdjęć w GALERII

Poniżej zamieszczamy fragmenty cytowanych wspomnień:

 

Barbara Bobrownicka-Fricze

Pseudonim WILIA

Od pewnego czasu fale eteru przynosiły wieści o przegranej Niemców pod Stalingradem. No i zobaczyliśmy ich w Warszawie. Wracali. Cztery lata przedtem wjechali na te same ulice na warczących motorach. Wieźli swoją butę, pogardę, przemoc i świadomość własnej siły. Po czterech latach wracali obdarci, obandażowani, ciężej ranni na chłopskich furmankach. Z trudem poruszali nogami. Nie podnosili głów, może nie chcieli zobaczyć naszej radości. W tym czasie, gdy wszystko zaczynało im się walić, komendant stolicy zarządził od nas dostarczenia 100 tysięcy młodych mężczyzn do kopania okopów. Tym jednym rozporządzeniem udałoby się im unicestwić stołeczną AK, gdyby Warszawiacy posłuchali rozkazów. Szkolona przez cztery lata w podziemiu młodzież czekała na decyzje swoich dowódców.


Przed powstaniem byłam łączniczką. W przeddzień jego wybuchu dostałam długą listę osób, które miałam zawiadomić o godzinie i miejscu zbiórki. Zaczęło się. Miałam rower (bardzo ciężki), co było ułatwieniem, bo adresaci mieszkali w różnych, często odległych dzielnicach, na wyższych piętrach, bez windy. Wnosiłam po schodach rower. To było ponad siły niedożywionej dziewczyny, a zostało wykonane. Ostatek sił został mi na powrót do domu, na Żoliborz. 

Następnego dnia, po południu, ulicami spieszyli młodzi ludzie. Wybrańcy losu kryli pod połami ubrań broń. Wszyscy nieśli niewielkie paczuszki. Była to żywność na trzy dni. Tyle miało potrwać powstanie. Znikali z naszych oczu na drogach i w tramwajach. Całkowita dekonspiracja. Zdumienie - a więc jest nas tak wielu.

Dowiedziałam się, że zostałam sanitariuszką. Przeszłam, co prawda, przeszkolenie, ale nie byłam pilną uczennicą. Na widok krwi traciłam głowę. Rozkaz to rozkaz. Nie przewidziano odwołania.
Drugi dzień walki. Na Marszałkowskiej bardzo gorąco. Cała ulica ostrzeliwana przez Szwabów. Nasi chłopcy na rogu Próżnej i Marszałkowskiej. Zbyt duży ostrzał- komendantka sanitariatu i lekarz boją się wysłać sanitariuszki. Mimo to idziemy. Trzeba iść przez Plac Dąbrowskiego. Nie ma osłony. Niemcy mają doskonałą widoczność. Kule wściekłe, jadowite świszczą przed nami, za nami, nad nami. Odbijają rykoszetem od płyt chodnika i murów kamienic, pod którymi biegniemy schylone jak najniżej. Nie wierzę, że mnie trafi, ale przeraża jakby stłumiona, szatańska złość pocisków. Chłopcy, czołgając się wynoszą na plecach rannych przez Marszałkowską. Jeden czołga się sam. Ustał- trafili go po raz drugi. Nie dotarliśmy do niego.

 

 

Andrzej Rumianek

Pseudonim Tygrys

 

Kiedy tak dzieliliśmy się wrażeniami o naszym udziale w walce nadbiegł "Bekon" i rozradowany opowiedział nam o zdobyciu róg Podwala i Kilińskiego czołgu, który prowadzą pod kwaterę. Chciałem razem z nim pobiec, Ale Zbyszek uprosił mnie, żebym na niego poczekał bo już kończy służbę. Na szczęście posłuchałem go. Zbyszek nie doczekał się zmiennika nawet go nigdy nie zobaczył, tak jak ja "Bekona".
Ogromna eksplozja wstrząsnęła budynkiem. Wybiegłem do bramy, usłyszałem krzyki, musiałem się przedzierać obok płonących skrzynek z butelkami samozapalającym, które pękając wzniecały większy ogień To, co zobaczyłem na ulicy zaszokowało mnie. Nie wiem, dlaczego skręciłem w lewo i biegłem do ul. Długiej. Ulica pokryta była kawałkami ludzkich ciał. Ściany domów zbryzgane krwią, widoku tego nigdy nie zapomnę, a do dzisiaj czuję swąd spalonego ciała. Dzień ten był najbardziej makabrycznym dla wszystkich oddziałów, bo na Kilińskiego były kwatery wielu oddziałów oraz kilka szpitali, a trafił się jeszcze pogrzeb, nie mówiąc już o ciekawskich mieszkańcach, którzy na wieść o zdobytym czołgu licznie towarzyszyli jego przejazdowi.

 

 

Henryka Zarzycka ? Dziakowska

Pseudonim Władka

2 sierpnia
Noc koszmarna, czarnymi nietoperza skrzydłami przyczajona, a za nimi śmierć. Śmierć czyhająca tu na każde z tych młodych istnień. Ona to właśnie roztoczyła swą opiekę nad nami. Budzę się: "Moje miłe" - słyszę głos porucznika. "Czołg na Szpitalnej i należy go sprzątnąć, prawda?" Potwierdzamy, nie zdając sobie sprawy z niczego. Zbiegam ze schodów, tam gotują banie z benzyną, denaturat, nafta, nalewamy do butelek i mieszamy, aby szybciej. Coraz bliżej słyszymy złe pomruki "tygrysa". Rozkaz - szybko na górę butelki, tupet nóg, prędzej. Podjeżdża, jest pod balkonem. Silna ręka wyrzuca 1-szą butelkę, 2-gą, 3-cią, a za nią wyciągają się inne, słabe, dziecinne i znów silne, i dziewczęce, czołg zniszczony, płonie, czyja butelka trafiła, nie wiadomo. Strzały, działko niemieckie na poczcie wyrządza nam dużo krzywdy. Zginął kochany, uwielbiany porucznik "Ryś", "Szary" i inni. Ona, moja miła sanitariuszka, była narzeczoną pierwszego z nich. Płacze, przytuliła się do mnie, w jej ręku błyszczy złoty medalik - to od jego matki, jedyny syn, taki kochany chłopak, mieliśmy się pobrać. Pocieszam ją: Ojczyzna wymaga od nas tych ofiar. Boże - słyszę szloch i skurcz tej biednej twarzy, krzyk kobiet, że na dachu, ten przy maszynowym ranny i podobno bardzo. Biegniemy na dach. Mężczyźni jednak pomogli nam i znieśli go z dachu. Potem podarto prześcieradła i opatrzono go. Jednak biedny konał. Przyglądałam się, a serce bolało.

 


Stanisław Likiernik

 

Nasza grupa-ośmiu razem ze mną- próbowała zająć spalony dom po drugiej stronie Zakroczymskiej. Mury tego wypalonego budynku stały, ale pożar bardzo je osłabił. Żołnierz niemiecki starał się nas zatrzymać miotaczem ognia. Nagły zryw wiatru odwrócił płomień na niego. Muszę przyznać, że go nie pożałowałem.
Zajęliśmy właśnie ten spalony dom, kiedy nadleciały bombowce. Słyszeliśmy je z daleka-motory i pierwsze bomby. Na ogół samoloty rzucały pociski kolejno, następne będą chyba dla nas. Ponieważ nasz budynek ledwo się trzymał, posłałem cały oddział do dużej sklepionej bramy po drugiej stronie ulicy, która dawała dobre schronienie, przynajmniej tak myślałem. Chłopcy skoczyli, ale brakowało jednego nowego o pseudonimie Broda. Nie chciałem się wycofać bez wszystkich moich ludzi. Zbylut - doktor, o którym już pisałem- został ze mną przez przyjaźń. Wrzeszczeliśmy: "Broda, Broda", kiedy spadły bomby. Czarny kurz, kawały muru i sufitu walą się obok nas. Gdy wróciła widoczność, "bezpieczna" brama zniknęła. Bomba upadła wprost nad nią i zburzyła cały budynek. Moich chłopców zasypało. Może o pięćdziesięć metrów od nas, na środku ulicy, leżała druga pięćsetkilogramowa bomba, która nie wybuchła; być może dzięki sabotażowi polskiego lub francuskiego robotnika-niewolnika w niemieckiej fabryce. Z ruin wystawała tylko głowa siedemnastoletniego ochotnika, który był z nami od dwóch-trzech dni. Krzyczał z bólu. Podbiegłem do niego.- Przepraszam, panie poruczniku, że krzyczę.- Musieliśmy go odkopać. Wpadłem do kościoła franciszkanów, gdzie w krypcie przebywała cała masa ludzi. Zawołałem: - potrzebuję pomocy, zasypało moich kolegów. - Nikt się nie ruszył. Obok mnie stał mężczyzna w sile wieku. - Chodź pan ze mną. - Nie, nie pójdę. Wściekły przystawiłem mu parabellum do brzucha. Idziesz albo strzelam. - Tym razem posłuchał.

Udało się nam wydostać spod gruzów tylko tego siedemnastoletniego chłopca. Miał połamane nogi. Wysłałem go również do "Krzywej Latarni", gdzie zginął zastrzelony. Reszta była głęboko zasypana pod ruinami domu.

 

 

Witold Konecki

Pseudonim SULIMA ? 15 lat

Wkrótce nadszedł tragiczny dzień dla naszego zgrupowania. Wraz z kolegą pełniłem służbę obserwacyjno-alarmową na poddaszu budynku Marszałkowska 125. Po godzinie 9.00 rozpoczęły się naloty niemieckich "sztukasów" na pobliskie domy. Nasze meldunki ostrzegały o bezpośrednim zagrożeniu i niebezpieczeństwie. W pewnej chwili widzimy 3 samoloty nurkujące w naszym kierunku, wyraźnie widoczne szyby samolotu i sylwetki lotników, to są ułamki sekundy. Nasz meldunek w połowie został przerwany, rozległ się wielki huk i trzy kolejne wybuchy wstrząsnęły budynkiem. Wokół nas kurz, ciemno i specyficzny zapach amoniaku. Impet powietrza powalił nas na sklepienie. Jesteśmy jednak żywi i cali, leżymy nieruchomo. Po kilkunastu minutach próbujemy odnaleźć klatkę schodową, lecz jej nie ma; jest zburzona. Słyszymy krzyki rannych i wołania o pomoc.
Wkrótce następne bombardowanie sąsiednich budynków - koszmar. Wydaje się, że nasz odwrót jest odcięty, lecz nie, po kilku dalszych minutach, gdy kurz nieco opadł znajdujemy zejścia awaryjne i wkrótce jesteśmy na zawalonym gruzem podwórzu. Są zabici i ranni, dużo ludzi zasypanych w piwnicy. Zginęło 9-ciu naszych kolegów zasypanych na kwaterze podczas odpoczynku w szczytowym pomieszczeniu budynku. Środkowa oficyna gdzie znajdowało się dowództwo ocalała. Na drugi dzień posterunek obserwacyjno-alarmowy został ponownie uruchomiony. Boleśnie odczuliśmy stratę kolegów, uroczysty pogrzeb odbył się na podwórku; mszę św. odprawił nasz kapelan. Byliśmy pozbawieni wody, a racje żywnościowe znacznie się zmniejszyły.